środa, 20 maja 2020

Czy w 2020 roku warto jeszcze lecieć na wakacje do Turcji?

W trawie piszczy, że niedługo otwierają nam się znowu granice. Nie wiem jak Wy, ale ja już nie mogę się doczekać, zarówno powrotu do pracy, jak i prywatnej swobody podróżowania. Moja linia póki co od czerwca nieśmiale zaczyna latać po kraju, więc z niecierpliwością czekam na jakieś małe *dashowanie! Szacowaną datą otwarcia granic Polski jest 15. czerwca, 2020 mam nadzieję. Ale już bez żartów. To, gdzie będziemy latać, zależy też od decyzji rządów pozostałych krajów, jednak dużo mówi się o tym, że nawet jeżeli nasze granice będą otwarte, to pozostaje jeszcze kwestia nadal zamkniętej Unii Europejskiej, a właściwie to strefy Schengen. 

To kiedy do Turcji?
W tym wypadku również kilka razy padała podobna data, ale Komisja Europejska wyraźnie będzie się starać najpierw przywrócić ruch wewnątrz UE. Więc co z tą Turcją? Na Turcję raczej przyjdzie nam jeszcze trochę poczekać, miejmy nadzieję, że tylko do lipca. Ciekawe jest to, że ruch pasażerki został w Polsce wstrzymany 15. marca,  jednak zakaz ten nie obejmuje lotów czarterowych zaplanowanych przez biura podróży przed 15. marca właśnie. Więc w czystej teorii, gdyby Polska otworzyła granice, a Turcja swoje, to moglibyśmy polecieć tam na wakacje. Pozostałaby tylko kwestia powrotu do kraju. Jako obywateli Polski oczywiście by nas wpuszczono, tylko o ile kwarantanna w obrębie UE będzie zniesiona razem z otwarciem wewnętrznych granic, o tyle zniesienie jej po przybyciu spoza Unii nie jest już takie oczywiste. 

Na tydzień urlopu w Turcji, po którym zmuszeni jesteśmy do dwutygodniowej kwarantanny domowej, raczej nikt się nie zdecyduje, więc ta furtka pozostałaby dalej czysto teoretyczna. Musimy niestety poczekać na konkretne zniesienie tych obostrzeń i przez Polskę i Unię. A jak to się ma po stronie tureckiej? Koronawirusowy chaos wydaje się być tam już zupełnie opanowany. Od ponad  tygodnia liczba ozdrowieńców przekraczała liczbę nowo zakażonych, których w ostatnich dniach nie ma nawet wcale! Turcja ma ponad 84 mln mieszkańców, sporo. Jest w pierwszej dziesiątce państw z największą liczbą zakażonych. Wg danych ze strony worldometers.info, do tej pory wykonano tam  około 1.600.000 testów, też sporo. Dla porównania, w Polsce wykonano około 650.000. Stwierdzono tam około 150.000 osób z pozytywnym wynikiem testu, przy czym obecnie "choruje" tylko 34.000. Zmarło 4199 osób. 

Padło kilka dużych liczb, być może niektórych z Was one przeraziły? Nie potrzeba skomplikowanej matematyki, by przekonać się, że wirus stwierdzono u zaledwie 0.18% obywateli! Nawet gdybyśmy chcieli porównać jedynie wykonane testy do pozytywnego wyniku, jest to zaledwie 9,4 %.  Odsetek śmiertelności wśród zakażonych wynosi 2,78%, w stosunku do wszystkich obywateli to 0,0049%. W tym akapicie liczby są jakby maleńkie, prawda?


Dane, z których korzystałam. Źródło: worldometers.info. Zachęcam Was do "zabawy" tymi danymi. Możecie się mocno zdziwić, jak te wszystkie wielkie liczby szybko zamieniają się w drobne cyferki ;)
Na podstawie tych danych nie jestem zdziwiona, że Turcja nieśmiało ogłasza u siebie koniec "pandemii". Nie oznacza to, że nie lubią tam trzymać swoich obywateli w niepewności. Najbliższy weekend to w islamie koniec ramadanu, czyli miesiąca postu. Cztery ostatnie dni to zawsze hucznie i rodzinnie obchodzone święto, Bayram. Widać, że na ten czas władze chcą jeszcze przytrzymać wszystkich krótko, więc po najbliższej niedzieli pewnie poznamy jakieś konkretniejsze daty.

Co wiemy teraz? Turkish Airlines ogłasza, że od 5. czerwca przywraca połączenia krajowe i tym samym Turcja reaktywuje turystykę krajową. Jeżeli chodzi o otwarcie samych granic, często pojawiającą się datą w tureckich mediach jest 15. czerwca, ale już 11. czerwca podobno również mają ruszyć jakieś loty międzynarodowe do tych krajów, do których będzie taka możliwość. Mamy obecnie w Turcji podobno najcieplejszy maj od 100 lat, temperatury blisko 40 stopni, a plaże są jeszcze nadal zamknięte, koszmar. Myślę, że po Bayramie to w końcu "pęknie". Na początku kwietnia rząd zaczął wysyłkę maseczek ochronnych do wszystkich obywateli, po 5 sztuk na osobę na tydzień, przy czym ciężko powiedzieć, że w Turcji jest obowiązek ich noszenia. Nazwałabym to raczej rekomendacją, ponieważ wobec osób bez masek policja stosuje pouczenie, nie wlepia mandatów.

Co nas w takim razie czeka, jeżeli zdecydujemy się przylecieć w tym sezonie wakacyjnym do Turcji? Pewne jest to, że turystów, w tym między innymi nas, Polaków, już nie mogą się tam doczekać. W zasadzie wszystko jest już tam gotowe na nasz przyjazd, pozostaje kwestia tylko nowych wymogów sanitarnych, ze względu na wirusa  oczywiście. 


Czekają na nas!
W hotelach ma obowiązywać zasada połowy obłożenia, plus dezynfekcja pokoju po wyjeździe gościa. By obiekt w ogóle mógł zostać dopuszczony do użytku, będzie mu potrzebny certyfikat, coś na zasadzie licencji COVID 19 free. W transporcie do i z lotniska również będzie obowiązywać zasada połowy miejsc wolnych. W restauracjach zarówno tych hotelowych jak i na mieście, stoliki mają być odseparowane dwumetrową przestrzenią. Póki co mówi się tylko o otwartych restauracjach i barach, kluby czy dyskoteki mają być zamknięte, z tym że decyzja może ulec zmianie. To chyba raczej brzmi całkiem przyjemnie z perspektywy turysty? Brak ścisku, walki o stolik przy obiedzie, o leżak.

W hotelowych restauracjach ma obowiązywać nadal "szwedzki stół", z tym że to odpowiednio zabezpieczona obsługa będzie nam podawać wybrane przez nas potrawy. Szczerze? Jak dla mnie jest to dużo bardziej higieniczne rozwiązanie niż dotychczas i całkiem na plus. Do tej pory nigdy nie było wiadomo kto i czym grzebał wcześniej w sałatce, którą sobie właśnie nałożyliśmy.


Tradycyjnie podana turecka herbata.
Przyszłość słynnych łaźni tureckich, czyli hammamu, jest póki co nieznana. Szkoda, bo to bardzo popularna rozrywka i sposób na relaks nie tylko wśród turystów. Zobaczymy. Basen hotelowy. Tutaj słyszałam już dwie wersje. Pierwsza jest mało optymistyczna, czyli zakaz kąpieli. Absolutnie nie do przyjęcia i strzał w kolano, więc myślę, że pójdzie to w inną stronę, czyli obowiązkowy prysznic przed. Jak dla mnie również bez sensu, no bo niby co, po prysznicu już nie zarażamy i się nie zarazimy? 

Leżaki przy basenie i na plaży mają mieć zachowane 2 m odległości. No cóż, z turystą na wakacjach jest trochę jak z dzieckiem w przedszkolu, kto to niby upilnuje? Leżaki mają być oczywiście dezynfekowane. Co do animacji w hotelach, ich przyszłość też jest póki co nieznana, bo celem nowych "przepisów" na być raczej zapobieganie gromadzenia się i wchodzenia w interakcje z obcymi. Znowu, zobaczymy.


Brak walki o leżak przy basenie zapowiada się obiecująco. Hotel Club Blue Dreams, Bodrum. 

Hotel Titanic Deluxe, Bodrum.

Hotel Kefaluka Resort, Bodrum.

Hotel Xanadu Island, Bodrum.

Hotel Rixos Premium, Bodrum.

Hotel Light House, Bodrum.
Wycieczki. Popularne tureckie atrakcje mają być dostępne dla zwiedzających, przy czym prawdopodobnie będą obowiązywały limity i wejścia na godziny. Nie powinno to stanowić większego problemu, skoro zakłada się, że hotele będą obłożone jedynie w połowie. Krótko mówiąc, będzie można zwiedzać, tylko w bardziej kameralnych grupach. Niektóre atrakcje mogą być jednak niedostępne, jak np. doctor fish, czy kąpiele błotne, z oczywistych przyczyn higienicznych. Ze swojego doświadczenia wiem, że prowadzenie wycieczek w mniejszej grupie ma dużo plusów. Małą grupą oczywiście łatwiej się zarządza, jest bardziej zdyscyplinowana, sama grupa jest mniej zmęczona i wycieczka zabiera mniej czasu. Osobiście uwielbiam być królową mikrofonu na przodzie wielkiego autokaru, ale to wycieczka mini busem podobała się turystom zawsze bardziej, można było wejść w bliższe relacje z każdym uczestnikiem, każdy wszystko słyszał, wiedział, dla każdego był czas, wszyscy zadowoleni.


Jestem królową w tym autokarze!
No i królowa Efezu.

Doctor fish chyba w tym roku nie popracuje?

Pamukkale już tak nie wygląda! Odradza się i bardzo chciałabym tam pojechać jeszcze raz.

Kąpiele błotne były stałym punktem podczas wycieczki do Dalyanu.
No dobrze, ale jak to wszystko się ma do ceny? W Polsce koszty wakacyjnego, czy nawet weekendowego wyjazdu wystrzeliły w powietrze, więc jak będzie w Turcji? Turystyka, w tym ta zagraniczna, jest ogromnym źródłem dochodu dla kraju, miejscem pracy dla wielu ludzi i często również jedynym źródłem utrzymania, a cechuje się dużą sezonowością, czyli zarabia się tylko między mniej więcej kwietniem a listopadem. Jeżeli w tym roku urwaliśmy z tego już na dobre ze trzy miesiące, a w pozostałe przyjedzie tylko połowa ludzi, nie wygląda to dobrze.Turcja ma jednak swojego asa w rękawie.

Czy nie zastanawiało Was nigdy, dlaczego wakacje w Turcji są tak tanie? Było tam stosunkowo tanio nawet w szczycie gospodarczym, a stosunek ceny do jakości produktu, który otrzymujemy na miejscu, jest przecież wręcz rewelacyjny! W tej kwestii na wakacyjnym rynku Turcja może konkurować moim zdaniem jedynie z Egiptem. Być może ktoś z Was zarzuci mi teraz, no ale co z Grecją? Tak, Grecja, obok Turcji, jest wakacyjnym liderem wśród Polaków. Grecję uwielbiam, jest piękna i mogę tam ciągle wracać, ale porównując tę samą cenę wycieczki gdzieś w Grecji do cen szczególnie Riwiery Tureckiej, bo Turcja Egejska jest zawsze nieco droższa, to w tej drugiej otrzymamy zdecydowanie więcej i lepszej jakości. Precyzując, w Turcji za mniejszą cenę będziemy wypoczywać w lepszym hotelu, w lepszej lokalizacji, z lepszym jedzeniem, szerszym all inclusive i więcej atrakcji będziemy mieć wliczonych w cenę.

Na polską kieszeń, nawet taką po pandemicznym kryzysie, na miejscu będzie taniej również w Turcji. Turecka waluta już dawno nie miała się tak źle, za 1 euro kupimy obecnie aż 7,60 tureckiej liry! Lokalnie, w barach, sklepach z pamiątkami sprzedawcy na pewno będą próbowali się nieco odkuć za przestój i mniejszą liczbę przyjezdnych, jednak nadal będzie tam dla nas tanio. Ceny wzrosną tak naprawdę w każdym turystycznym miejscu na świecie, tutaj odczujemy to po prostu mniej. Mało jest krajów, gdzie tamtejsza waluta byłaby słabsza od naszej marnej złotówki. 


Druga połowa sezonu to czas na granaty. Świeżo wyciskany sok z tego owocu jest moim ulubionym. Ma mnóstwo witaminy C, więc jest świetny na odporność!
Podsumowując. Wcale nie tak ciężko jest mi sobie wyobrazić, jak będzie wyglądać ten sezon, a w zasadzie jego część, w Turcji. Kiedy pracowałam tam w 2016 roku, turystów również było mało. Wszystko przez zamachy terrorystyczne. W połowie sezonu, przez próbę przewrotu, sezon prawie zakończył się z dnia na dzień, 15. lipca byliśmy o tym wręcz przekonani. Kilka dni po tym zdarzeniu, zamiast pełnych dwóch samolotów, na lotnisku przywitaliśmy niespełna 40 osób. Sezon naturalnie umierał. Zaczęły się zwolnienia. W tym roku przynajmniej połowa z rezydentów i animatorów biur podróży już dowiedziała się, że nie poleci wcale. Nie będzie spodziewanego tłumu turystów, więc nie będzie też potrzebnych tylu przedstawicieli biura podróży tam na miejscu. Polecą tylko ci doświadczeni. Dla tych, dla których ten sezon miał być ich pierwszym, muszą oni przesunąć swoją przygodę, plany, marzenia na przyszły rok.

Żaden ze mnie specjalista, są to tylko moje prywatne obserwacje, ale nieśmiało myślę, że sezon 2021 będzie już taki jak 2019. Ten, w 2020, miał być jeszcze bardziej intensywny, ale na to będzie trzeba znowu poczekać. Póki co, daję turystyce wypoczynkowej rok na powrót do zeszłorocznej normalności. Dlaczego wg mnie tylko rok? W 2016 roku nie spisano jednak od razu sezonu na straty. I jak się okazało, słusznie. Już we wrześniu biuro zastanawiało się, czy nie przedłużyć sezonu, bo tak się świetnie zaczął sprzedawać. Ludzie szybko zapominają o zagrożeniu, ludzie chcą powrotu do normalności, chcą swobody, przede wszystkim swobody i wolności decyzji. Ile to już razy turystyka w Egipcie upadała i szybko znowu stawała na nogi? A rok 2019 i kwietniowe zamachy na Sri Lance, czy ktoś o nich jeszcze pamięta? Chyba nie bardzo, bo jesienno-zimowe połączenie lotnicze do Colombo było oblegane aż po skrzydła.

No i w końcu, wspomniany wcześniej turecki as w rękawie. Czyli z czego wynika ten zaskakujący, świetny stosunek jakości do ceny, porównywalny do tego w Egipcie? A no od rządowych dopłat do tego biznesu. Nie spodziewam się więc, by ceny wakacji w Turcji nagle wywindowały. W 2016 roku turystów też skusiła m. in. cena. Teraz również za atrakcyjne pieniądze czekają Was wakacje bez ścisku, brak walki o stolik i leżaki, wycieczki w kameralnym gronie, pyszne jedzenie, all inclusive i gwarancja świetnej pogody. Wg mnie, te już ponad dwa miesiące globalnej kwarantanny dały nam na tyle do myślenia, że jesteśmy w stanie trzeźwo ocenić realne zagrożenie i zacząć całkiem śmiało myśleć o powrocie do nowej normalności. Byleby tylko dano nam z powrotem wolność, wolność decydowania o sobie i swoim życiu.

*dashowanie- loty krajowe najczęściej są wykonywane turbośmigłowym samolotem krótkiego zasięgu Bombardier Dash Q400, na którym między innymi pracuję; dashowanie- czyli "latanie na dashu";


Gdzie te samoloty?? My tu tęsknimy do podróży!


wtorek, 12 maja 2020

Nie wierzę, czyli dalej o Pekinie

Mój drugi dzień pobytu w Pekinie. Nie powtarzałam już "nie wierzę" kilka razy w ciągu dnia, tylko co chwilę. Na śniadanie zeszłam około godziny 7. Część załogi już była. Nie mogli spać i przyszli zaraz po otwarciu restauracji. Standard. Ja zeszłam właściwie równo z moją koleżanką, która to planowała sen do południa. Wyszło na moje, ale nie oznaczało to oczywiście, że wszyscy tam siedzieliśmy rześcy, wyspani i cudownie wypoczęci. Śniadanie, jak to zwykle, rozwlekło nam się mocno w czasie. Pierwsze śniadanie, herbata, coś na słodko, kawa, a może owoc do drugiej kawy? Hotel był niedaleko stacji metra, nasz cel wycieczki kilka stacji dalej, a z tym, że muru tym razem nie zobaczę, pogodziłam się już poprzedniego dnia. Nie było mi więc specjalnie spieszno, dzień był jeszcze młody.


Zakazane Miasto
Poprzedniego wieczoru nasz wybór padł na Zakazane Miasto. Obok Wielkiego Muru Chińskiego było to zdecydowanie coś, bez czego zobaczenia nie można z Chin wyjechać. Leniwe śniadanie kiedyś musiało w końcu dobiec końca i udałyśmy się na naszą wycieczkę. By kupić bilet na metro potrzebowałyśmy gotówki. W Azji za metro przeważnie nie zapłacimy kartą, w Chinach nie jest inaczej. Revolut zadziałał bez zarzutu. 

Kojarzycie piosenkę Katie Melua "Nine million bicycles"? Poprzedniego dnia jakoś nie zwróciłam na to tak uwagi, ale dzisiaj od razu odśpiewał mi się w głowie jej początek. "There are nine million bicycles in Beijing", czyli w Pekinie jest 9 milionów rowerów. Chyba rzeczywiście tak jest, bo rowery widziałam na każdym kroku. Mnóstwo stacji rowerowych i mnóstwo ludzi, którzy faktycznie z nich korzystają. Ciekawe to, ponieważ Chiny, a szczególnie już ich stolica, nie mogą się raczej pochwalić najczystszym powietrzem na świecie. Osobiście jakoś tego nie odczułam. Z okna hotelowego pokoju wprawdzie panorama nie była super przejrzysta, ale myślę, że bywa gorzej. 


"Nine million bicycles in Beijing"


Zakup biletu nie okazał się zbyt problematyczny, bo można było wybrać język angielski. To zawsze połowa sukcesu. Zaskoczeniem było dla nas wejście na peron. Oprócz standardowej bramki biletowej, kamera termowizyjna mierzyła wszystkim wchodzącym temperaturę, należało również na chwilę rozstać się ze swoim bagażem, który został prześwietlony, a my przechodziłyśmy przez bramkę podobną do tych na lotniskach. Przypomnę, że był to początek grudnia 2019. Sprawdzanie temperatury nie było jakimś koronawirusowym rozwiązaniem. Również na azjatyckich lotniskach to właściwie standard od dawna. Czy ktoś jeszcze ma wątpliwości lub uważa, że Azja to jakiś trzeci świat i daleko jej do Europy czy USA? Ja, będąc tam w zeszłym roku całkiem często, odniosłam zupełnie odwrotne wrażenie.

Nie mam tutaj jednak na myśli sposobu myślenia, pojmowania świata, kultury, również tej osobistej i mentalności. To są zupełnie dwa różne światy i myślę, że nie powinniśmy nawet próbować tego porównywać. W metrze w końcu zrozumiałam, o co chodziło z tym agresywnym boardingiem do samolotu. Chińczyków jest po prostu dużo, za dużo. Nie zobaczyłam słynnych upychaczy w metrze, którzy dociskają ludzi do wagonów. Ale Chiny to  nie np. Japonia, czyli ten obrazek, gdzie wszyscy by grzecznie czekali na swoją kolej. Drzwi się otwierają i kto pierwszy ten lepszy. O miejsce w wagonie trzeba walczyć, żaden Chińczyk nie będzie się z nami liczyć. Co z tego, że byliśmy tu pierwsi? Istniała obawa, że nie damy rady wysiąść na swojej stacji. Trzeba było więc przyjąć chińską taktykę i również po chamsku się rozpychać. Podziałało.


Metro w Pekinie. Zapowiadało się zwyczajnie, ale było tak tylko do następnej stacji.

Dotarłyśmy do celu. Stacja metra jest pod samym kompleksem Zakazanego Miasta, ale mimo wszystko poczułyśmy się zdezorientowane. Pełno barierek tworzących dzikie labirynty, kilka kolejek i nie wiedzieć czemu w jednej więcej ludzi, w drugiej mniej, a nie rozchodzi się się to jakoś równomiernie. Napisy są albo po chińsku, albo wcale. Ze znaków rozumiemy jedynie zakaz fotografowania w tym miejscu. Więc nie wiadomo o co chodzi. Postanawiamy dołączyć się do jednej z kolejek. Wszędzie strażnicy/wojskowi/policjanci? Ciężko powiedzieć, jacyś umundurowani panowie nieskorzy do pomocy. Próba upewnienia się, czy to faktycznie wejście i czy kupimy tu bilety spełzła na niczym. Pan nie mówił po angielsku, odwracał głowę i wyraźnie dał do zrozumienia, że jego celem jest tutaj zlustrowanie nas i naszych dokumentów, a nie pogawędka czy odpowiadanie na pytania. 


Na szczęście zorientowałyśmy się wcześniej, że bez paszportu właściwie nigdzie nie wejdziemy, więc miałyśmy je ze sobą. Będą go Wam sprawdzać na każdym kroku i uwierzcie mi, bez niego nie pozwiedzacie. Jak dla mnie, oczywiście inwigilacja. Na każdym kroku rejestrują Twoje dane, Twój ruch. U nas pojawia się mały problem, ponieważ panowie szukają w naszych paszportach wizy, której my oczywiście nie mamy. By wjechać do Chin, polscy obywatele potrzebują chińskiej wizy. Wymagania w stosunku do Polaków nie są jakieś bardzo wygórowane, google podpowiadają wiele stron ze szczegółami, jest całkiem sporo pośredników. Będzie nas to kosztowało około 445 zł i osobistą wizytę w konsulacie. 

Jako załoga samolotu nie potrzebujemy wizy, wjeżdżamy do kraju na podstawie generalnej deklaracji. Nie mam pojęcia jak to jest ostatecznie rejestrowane, bo w paszportach fizycznie nie ma po tym śladu, to jest dodatkowy dokument przekazywany straży granicznej na lotnisku. Okazuje się, że widocznie zostaje po tym jakiś elektroniczny ślad, bo panowie oddają nam dosyć szybko paszporty i przepuszczają dalej. 

Ruszyłyśmy przekonane, że teraz będzie już prosto do wejścia. Nic bardziej mylnego. Kolejny labirynt barierek, kolejna kontrola, bramki wykrywające metal, prześwietlenie bagażu. Tak ze trzy razy. No ileż można? Ale my dzielnie dążymy do celu, bo przechodzimy już przez Bramę Niebiańskiego Spokoju, czyli Bramę Tian'anmen, gdzie wita nas w końcu podobizna Mao Zedonga.


Brama Tian'anmen, czyli Brama Niebiańskiego Spokoju

Jesteśmy chyba jedynymi białymi osobami w tym miejscu. Nie jest to wprawdzie szczyt sezonu turystycznego, ale i tak jesteśmy tym zaskoczone. Dopiero teraz też uzmysławiamy sobie, że widzimy w końcu jakieś dziecko. W drodze do metra, w pociągu, jakoś mijałyśmy samych dorosłych. Rodzina z dzieckiem rzuciła nam się w oczy jeszcze z jednego powodu. Coś w zachowaniu syna widocznie nie spodobało się rodzicom, bo postanowili je ukarać. U nas, w miejscu publicznym, pewnie byłaby to jakaś głośna  uwaga, może nawet by je okrzyczano, może nawet potargano trochę za rękę. Chińczycy jednak postanowili swoje dziecko... kopnąć. My stajemy jak wryte, ale oprócz nas na nikim w około nie zrobiło to wrażenia. Wszyscy idą dalej, idziemy więc i my.



Scena z kopniakiem rozegrała się mniej więcej tutaj.

Widzimy na horyzoncie kolejne bramki. Wiemy, że kompleks jest ogromny, więc podejrzewamy, że to wejście do tej płatnej części. Znowu czujemy się nieco zagubione, bo nic nie nakierowuje nas do kas. Tym razem panie przy bramkach mówią już trochę po angielsku i kierują nas do niepozornych okienek, których raczej na kasy nie typowałyśmy. Tam kasjerki również mówią po angielsku i proszą nas o paszporty. Płacimy za bilety gotówką, nie ma możliwości transakcji kartą, na to też byłyśmy przygotowane. Biletów jednak nie otrzymujemy, tylko pani zwraca nam dokumenty, które okazuje się, że pełnią rolę wejściówek. Wracamy do poprzednich bramek. Znowu paszport, bagaż, wykrywanie metalu. W końcu jesteśmy w środku.



Wejście do płatnej części Zakazanego Miasta

Pierwsze kroki w środku.




Zakazane Miasto okazuje się większe, niż myślałyśmy. To naprawdę kompletne i przemyślane miasto, pełne budynków, ogrodów, zakamarków, świątyń. Spędzamy tam kilka godzin, a to i tak jest zdecydowanie za mało. Polecam zarezerwować tam sobie cały dzień. Ten potężny kompleks pałacowy wybudowano w latach 1406-1420. Jego rolą było kompleksowe zapewnienie wszystkich wygód i rozrywek potrzebnych cesarzowi do życia, by właściwie nie powstawała potrzeba, by go opuszczać. Dla zwykłych śmiertelników nie było tutaj wstępu, było to zakazane przez ponad 500 lat. Stąd właśnie nazwa, Zakazane Miasto.

















Zaczynamy się powoli kierować do wyjścia, bo nie tylko to miejsce chciałyśmy dzisiaj zobaczyć. Po drodze zaczepia nas samotnie spacerujący Chińczyk, który na migi próbuje wytłumaczyć, o co mu chodzi. Chce, żeby moja koleżanka zrobiła mu ze mną zdjęcie. Czyli okazuje się, że  biały człowiek w Chinach jest faktycznie atrakcją samą w sobie. Ciekawe, co ten chłopak opowiada znajomym, kiedy pokazuje im to zdjęcie? Albo może jednak wolę nie wiedzieć.




Złoto, czerwień i mnóstwo symboli władzy i potęgi.

Okazuje się, że nie wyjdziemy tak jak weszłyśmy i strażnik wysyła nas na dodatkową wycieczkę po Zakazanym Mieście. Tym samym mamy okazję zobaczyć ładną panoramę kompleksu z góry, jednak czas biegnie, a nie mamy go za wiele. Wychodzimy na zewnątrz i chcemy udać się od razu do naszego następnego przystanku, czyli Placu Niebiańskiego Spokoju, Tian'anmen. Znajduje się on dosłownie na przeciwko Zakazanego Miasta, ale my wyszłyśmy teraz całkowicie z drugiej strony, więc trzeba zrobić solidne kółko z powrotem. 


Droga do wyjścia.


Charakterystyczne dla Zakazanego Miasta- złote dachy.


Szukając najszybszej drogi na drugą stronę, natykamy się na parę Chińczyków. W zasadzie to oni nas zagadują, bardzo płynnym angielskim. Kobieta mówi, że tędy nie przejdziemy i musimy iść tam. Chcemy już podziękować za radę i odejść w swoją stronę, ale kobieta pyta, czy nie jesteśmy stewardessami. Skąd wie? O to też pytam, a ona odpowiada z uśmiechem, bo my takie ładne jesteśmy. Nawet nie wzięli nas za zwykłe turystki, tylko od razu stewardessy. Hmm.

Para proponuje wspólną kawę, nam się trochę spieszy, dzień w grudniu jest w końcu krótki, a tu jeszcze w planach plac i Świątynia Nieba. Koleżanka po polsku namawia mnie, żeby jednak pójść kawałek z nimi, są mili. Mówimy, że potrzebujemy w sumie kilku pamiątek, więc może nam w sumie pokażą, gdzie możemy coś kupić. Oczywiście robią to bardzo chętnie. Wiemy, że sklep będzie pewnie zaprzyjaźnionym, ale kupić i tak miałyśmy zamiar, więc bez różnicy gdzie. W końcu, jak można wyjechać z Chin, bez nareszcie oryginalnego magnesu z Chin. 


W końcu magnesy z Chin, kupione w kraju ich produkcji.

Para jednak nawet po zakupach bardzo nalega na tę kawę. Ja czuję się osaczona, koleżanka po zakupach czuje się jeszcze bardziej zobowiązana, by się zgodzić. Być może kawiarnia będzie znowu tylko zaprzyjaźnioną, byśmy wydały tam trochę kasy, ale z drugiej strony, jesteśmy dwiema samotnymi kobietami, w ich oczach atrakcyjnymi, białymi. Na chińskim rynku na pewno my lub nasze organy są warte grube pieniądze, a kto nas w tych Chinach by znalazł? Trochę może i niegrzecznie, ale mówię koleżance po polsku swoje przemyślenia. Nieco się ze mną zgadza, więc próbujemy wykręcać się brakiem czasu i gotówki, bo faktycznie nie zapłaciłybyśmy kartą. Para szybko lokalizuje dla nas bankomat. Ciężko wybrnąć. 

Postanowiłyśmy jakoś tak to rozegrać, by przynajmniej wyszło na to, że to my wybieramy kawiarnię. Słaby plan, bo potencjalnie w każdym z pobliskich miejsc nasi nowi znajomi mogli mieć swoje kontakty, a my nie rozumiałyśmy kompletnie nic, o czym między sobą rozmawiają. Ostatecznie Chińczycy zabierają nas do dziwnej kawiarni. Obie z koleżanką jesteśmy w Chinach pierwszy raz, więc ciężko nam ocenić, czy taki jest ich standard. Kawiarnia wygląda jak mieszkanie, w dodatku słabo urządzone, nie ma żadnej głównej sali ze stolikami, tylko poprowadzono nas do osobnego pokoju, z sofą, fotelami, telewizorem, sprzętem audio i zamknięto za nami drzwi. Niedobrze, pomyślałam.

Zamawiamy jednak nie kawę, a herbatę i decydujemy z koleżanką, że póki co będzie pić tylko jedna z nas, a druga trochę poudaje. Z tego samego dzbanka nalewają sobie jednak również i nasi towarzysze. To mnie trochę uspakaja, jednak nie na tyle, by wypluć z siebie kij, który już dawno podczas tego spotkania połknęłam. Siedzę wyprostowana jak struna, rozmawiamy, a rozmowa się nawet klei. Okazuje się, że kobieta i mężczyzna to kuzynostwo z klasy średniej, według prawa mają przywilej posiadania dwojga dzieci i po tyle też mają. Pracują jako przewodnicy turystyczni, nie są z Pekinu. Wypytują też nas o Europę, skąd jesteśmy, ile mamy lat, dla jakiej linii latamy, na ile przyleciałyśmy, czy mamy mężów. Są w szoku, że obie z nas, jedna będąc po trzydziestce, druga już przed czterdziestką, nie mamy dzieci. No przyszedł i w końcu czas dla nich na jakiś szok kulturowy. 

Moja postawa nie umyka jednak chyba ich uwadze, bo sami w końcu proponują by się zbierać i nie pozwalają nawet dopić naszej herbaty, jak się zresztą okazało- bardzo smacznej, ale i całkiem drogiej. Padła też propozycja lampki wina na szczęście, to podobno chiński zwyczaj, ale po cenie herbaty podziękowałyśmy, tłumacząc, że nie pijemy alkoholu. Państwo znowu było w szoku, że przecież niepijące Polki? To się nie zdarza! Czy my naprawdę musimy słynąć na całym świecie akurat z tego?

No to pożegnanie. Było zimno, więc ta herbata okazała się nawet przydatna, bo zagrzane miałyśmy siły na dalszy spacer. Na mapie wszystko prezentowało się optymistycznie, wszystkie atrakcje niedaleko siebie. W rzeczywistości nadziałyśmy się po raz kolejny i traciłyśmy cenny czas na nieplanowane czynności, których nie byłyśmy wcześniej świadome. Znowu, kolejna kolejka, kontrola, prześwietlanie, labirynty barierek, strażnicy. Mając plac tak naprawdę przed sobą, nie byłyśmy pewne, czy to na pewno tędy. Kolejna próba dopytania kogoś skończyła się kolejnym odwróconym wzrokiem. 


W drodze na plac.



Wyłoniłyśmy się nareszcie z podziemnego przejścia i zrobiłyśmy pierwsze kroki po największym publicznym placu na świecie. Plac Tian'anmen jest faktycznie ogromny, rozległy na 800 na 300 metrów. Otaczają go Wielka Hala Ludowa i Chińskie Muzeum Narodowe. Mniej więcej na jego środku postawiono Pomnik Bohaterów Ludu, a za nim wznosi się Mauzoleum Mao Zedonga.


Plac Tian'anmen z Bramą Niebiańskiego Spokoju w tle.

Chińskie Muzeum Narodowe

Pomnik Bohaterów Ludu

Za pomnikiem widać Mauzoleum Mao Zedonga.

Wielka Hala Ludowa

Byłyśmy już dosyć zmęczone, a do zachodu słońca nie brakowało wiele, jednak Świątynia Nieba wg mapy nie była wcale tak daleko. Ale to znowu, wg mapy. W rzeczywistości czekała nas kolejna przeprawa przez kontrole i labirynty, a nasze pomysły na skróty widocznie próbowali odkrywać już przed nami inni turyści, ponieważ zostałyśmy przez strażnika odesłane. Zmęczone i już też głodne, poddałyśmy się. Kolejny punkt z listy, który musiałam sobie odpuścić. Pomyślałam wtedy, że może jednak całkiem niedługo będzie mi dane tu wrócić. Teraz nie jest to już takie oczywiste, a na pewno zrobiło się bardziej odległe.

Postanowiłyśmy wrócić w okolice  hotelu i tam wybrać się coś zjeść. Nie było tak łatwo, bo oczywiście nikt nie mówił po angielsku. W jednej z knajpek do której weszłyśmy, miałyśmy wręcz wrażenie, że pan próbował nas zniechęcić do pozostania. Skutecznie. W końcu wybrałyśmy obiecująco wyglądającą restaurację, z bogatym menu. Niestety obsługa znowu nie mówiła po angielsku, a panią nie było stać nawet na uśmiech. Byłyśmy głodne, więc już nie kombinowałyśmy, tylko zamówiłyśmy z obrazkowego menu coś, na co liczyłyśmy, że będzie smakować tak, jak wyglądało. 

Nadeszły nasze potrawy. Gorące, jeszcze skwierczące, pachnące i prezentujące się jak na zdjęciu. I niestety, na tym koniec dobrego wrażenia. O ile danie mojej koleżanki było jeszcze całkiem niezłe, to moje jedynie podłubałam. W mojej potrawce zamiast kurczaka cały czas trafiałam na jakieś chrząstki i ogólnie nie byłam pewna, czy ma to z kurczakiem jakiś związek. Do hotelu wróciłam więc głodna, na szczęście na taką czarną godzinę w mojej walizce zawsze znajdzie się jakaś, o ironio, zupka chińska. Uratowana!

Nie mam pojęcia, czy taki wątpliwy dla mnie okazał się urok Chin, czy jednak konkretnie Pekinu. To duży kraj i być może tak jak klimatem, potrafi się różnić między sobą i lekko obyczajowością czy kuchnią. Stolica do gustu mi zdecydowanie nie przypadła. Nie chcę od razu oświadczać, że nie mam ochoty tam wracać, bo zostało mi jeszcze wiele do zobaczenia. Być może przy następnej, niestety obecnie odległej okazji, Chinom uda się nieco zmienić moje zdanie. Już nieraz ponowna wizyta w danym miejscu okazała się być bardziej przekonująca, już nawet ze względu na samą pogodę. Ja jestem otwarta, teraz tylko musi się jeszcze z powrotem otworzyć świat.